poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jack pogromca olbrzymów (2013)

Jack pogromca olbrzymów to alternatywna wersja bajki o Jasiu i magicznej fasoli. Młody chłop Jack sprzedaje konia za kilka ziarenek magicznej fasoli, która prowadzi do krainy olbrzymów. Kiedy przez przypadek dostaje się do niej królewna Isabelle, Jack wraz z grupką królewskich żołnierzy rusza na ratunek dziewczynie. 

Obraz w reżyserii Bryana Singera idealnie wpasowuje się we współczesne realia kina rozrywkowego. Jest mrocznie, ale z umiarem coby młodsi widzowie bez większych zahamowań załapali się na seans. Są intrygi i zdrady, czyli to co napędza filmowe historie. Jest ona i on, królewna i parobek, para której uczucie z każdym kolejnym wdechem kiełkuje, niczym ta fasolka pnąca się w przestworza. No i wreszcie są efekty specjalne mogące wbić w fotel oraz obsada aktorska bawiąca się swoimi rolami, przy okazji hasając sobie ochoczo pomiędzy komputerowo wygenerowanymi olbrzymami.



Scenarzyści w alternatywnej wersji przygód Jasia i magicznej fasoli serwują wszystkiego w takich ilościach, że naprawdę jest co oglądać. Przede wszystkim postarano się, aby stworzyć historię, która umili te niecałe dwie godziny.Fabuła mknie bardzo szybko i to co się tylko i wyłącznie liczy to przygoda. Autorzy scenariusza dodali także coś od siebie. Oczywiście jak na standardy Fabryki Marzeń przystało musi być wszystkiego dużo - mowa tutaj o olbrzymach, których jest całkiem spora gromadka. I tutaj już widać jeden z elementów różniących pierwowzór od filmowej ekranizacji. Sama postać tytułowego bohatera także została przedstawiona w bardziej pozytywny sposób. Tak jak wspomniałem w filmie Singera jest wiele elementów, które na szczęście udało się w poukładać, dzięki czemu seans mogę zaliczyć do tych udanych.

Oczywiście jak przystało na wysokobudżetową produkcję fantasy, największe wrażenie robią efekty wizualne. Olbrzymy wyglądają olśniewająca jakkolwiek to brzmi, bowiem są brzydkie, brudne, jedzą gluty z nosa, wąchają swoje spocone pachy i lubią od czasu do czasu puścić bąka. Każdy z nich jest jednak inny i niepowtarzalny. Różnią się wyglądałem, wzrostem, sposobem poruszania i mówienia. Do tego potrafią rozbawić, a przoduje w tym wszystkim sympatyczny olbrzym z... afro na głowie. Sceny walk, często przy akompaniamencie ludzi, także wyszły bardzo dobrze, nie widać w nich ani przez chwilę jakiejś sztuczności. Słabsze momenty w fabule zostają zrekompensowane za pomocą wypasionego finału, który może swoją epickością nie dorównuje tym z Władcy Pierścieni, ale na pewno potrafi zrobić równie wielkie wrażenie. 



Poza tym baśniowa kraina olbrzymów została przedstawiona w sposób, który budzi raczej pozytywne wrażenia. Górskie potoki, wąwozy, wodospady i zielone łąki. No, ale niestety są tam olbrzymy, więc nie jest tam zbyt bezpiecznie. Przekonują się o tym bohaterowie, którym swoich ciał i twarzy użyczyła gwiazdorska obsada. Na przód wysuwają się przede wszystkim postacie drugoplanowe, a w nich tacy aktorzy jak Ewan McGregor jako dzielny rycerz królewskiej straży Elmont, Stanley Tucci knujący gdzieś za rogiem ze swoim sługusem, no i Ian McShane w roli króla Brahmwella. Wszyscy jak na baśniowych bohaterów przystało są trochę przerysowani, ale to akurat działa na ich korzyść. Do tego potrafią rzucić jakimś żartem. W głównym rolach natomiast Nicholas Hoult, który nie jest zły, ale raczej przyćmiony przez resztę męskiej obsady oraz Eleanor Tomlinson, która w mojej opinii jest nie tylko najsłabszym punktem aktorskiej obsady, ale i całego filmu. Brak jakiejkolwiek charyzmy, która spowodowałaby że zapamiętałbym ją na dłużej. W zasadzie pisząc ten tekst nie pamiętam jej twarzy, wiem tylko że była całkiem urodziwa, ale to wszystko - gdybym szedł ulicą i ona przeszłaby obok, pewnie nie wiedziałbym kto to.

"Jack pogromca olbrzymów" jest przyjemną odskocznią, nie silącą się na nic więcej jak na kino rozrywkowe, będące luźną wersją baśni dla dzieci. Bohaterowie są sympatyczni, nawet czarny charakter wzbudza w miarę pozytywne emocje. Film Singera jest zrobiony z wielkim rozmachem i pomysłem, efekty specjalne są powalające, a potencjał fabularny został wykorzystany w miarę możliwości. I w zasadzie to sprawia, że seans mogę uznać za udany, ponieważ to czego chciałem to wielkiej przygody, a w tym przypadku przygoda była wielka. Olbrzymy także.

Oryginalny tytuł: Jack the Giant Slayer; Reżyser: Bryan Singer; Scenariusz: Darren Lemke, Christopher McQuarrie, Dan Studney; Obsada: Nicholas Hoult, Ewan McGregor, Ian McShane, Stanley Tucci; Produkcja: USA; Rok produkcji: 2013

piątek, 21 czerwca 2013

Człowiek ze stali (2013)

Planeta Krypton jest bliska zniszczenia. Kal-El zostaje wysłany przez swojego ojca Jor-Ela na Ziemię. Na nowej planecie zostaje przygarnięty przez małżeństwo Kentów, którzy wychowują go na swojego syna. Kiedy dorasta zaczyna swoją podróż w odkryciu tego kim naprawdę jest, skąd pochodzi i kim byli jego prawdziwi rodzice. Z czasem musi ujawnić swoje nadprzyrodzone moce, bowiem do Ziemi zbliża się zagłada w postaci generała Zoda. 

Postać Supermana uważam za dosyć kiczowatą i najmniej interesującą ze wszystkich superbohaterów. Już samo pomyślenie o facecie biegającym w czerwonych majtkach na spodniach budzi zażenowanie i śmiech. A kiedy dodamy do tego mało przekonywujące alter ego w postaci Clarka Kenta, no cóż. Peter Parker nosi maskę, Bruce Wayne nosi maskę, a co nosi Clark Kent? Okulary. Nie będę ukrywał - do momentu ujrzenia pierwszych zdjęć i zwiastuna bałem się strasznie tego filmu. Na szczęście z każdą kolejną informacją mój sceptycyzm zmieniał się w wielkie oczekiwania na film, który mnie zachwyci i poruszy. I tak też było, "Człowiek ze stali" to znakomite kino akcji ze wspaniałymi efektami specjalnymi oraz muzyką Hansa Zimmera.


Zack Snyder, który połączył w "Człowieku ze stali" siły z Christopherem Nolanem opowiada swoją historię niezwykle rzetelnie. Pierwsze kilkanaście minut to znakomicie wykreowany świat na planecie Krypton, gdzie rozpoczyna się cała opowieść. Kiedy akcja przenosi się na Ziemię, Snyder rezygnuje z chronologicznego porządku i bawi się retrospekcjami. Właśnie na nich w dużej mierze budowany jest portret psychologiczny Clarka Kenta. To on w czasie dzieciństwa i dorastania ma pierwszą styczność ze swoją mocą, to wtedy jego najbliżsi próbują go ukierunkować i zdecydować, którą stroną pójdzie. Czy wybierze zło czy dobro. Młody Clark to wyalienowane, nierozumiane przez swoich rówieśników dziecko, często wyszydzane, zresztą nawet już w dorosłym życiu za wiele się nie zmienia. Tak, więc jak widać zanim Kent staje się tym kim się staje, spokojnie mógł obrać drogę zła i być kompanem generała Zoda. Superman to człowiek, zwykły człowiek z krwi i kości mający tak jak i my swoje problemy, z którymi musi sobie poradzić. Świetny zabieg z tymi retrospekcjami sprawił, że ta historia owiana została tajemnicą, mistycyzmem, momentami porównania do ostatnich filmów Terrence'a Malicka również na miejscu. 

W ogóle film Snydera podzieliłbym na takie dwie oddzielne części. Pierwsza to ta z efektami specjalnymi, rozwałką i sypiącymi się ze wszystkich stron budynkami. Druga natomiast to ta, gdzie gadają, gadają i gadają. Obie są trochę przesadzone i w tej pierwszej części te wielkie wybuchy i ciągła walka momentami męczą z racji przesytu. Nie odbieram oczywiście tym scenom epickości, bo są naprawdę imponujące. Efekty specjalne wgniatają w fotel, ale jest tego tak dużo, że od razu na myśl przychodzi powiedzenie co za dużo to nie zdrowo. Z kolei ta część, gdzie gadają i gadają sprawia, że czuć lekki znużenie tym wszystkim. Mało tu poczucia humoru, większość bohaterów ma ciągle smutne miny, jest w tym wszystkim gdzieś sporo patosu i taniego moralizatorstwa. Szkoda, że Snyder jakoś tego nie wyważył, ponieważ ta akcja nie do końca współgra z tymi dłużyznami. Spokojnie można by było zrobić z tego dwa filmy. 


Chociaż sporych rozmiarów wrażenie zrobiła na mnie walka w Smalville, gdzie Superman mierzy się z Faorą-Ul oraz jej pomagierem, to zdecydowanie to co urzekło mnie najbardziej to sceny, w których człowiek ze stali jest jeszcze małym chłopcem i nie ma za bardzo wpływu na wydarzenia. Chodzi mi tutaj o pierwsze 20-30 minut, czyli zagładę Kryptonu i wysłanie małego Kala na Ziemię. W mojej opinii te kilkadziesiąt minut to najlepsze science-fiction od wielu lat. Sama ta planeta, jej ponurość, ale i magiczna otoczka, którą jest owiana kompletnie mną zawładnęła. Połączenie kilku elementów z innych filmów w jeden - można tutaj się doszukać trochę "Matrixa", "Obcego", a nawet "Avatara". No i postać generała Zoda, tak wspaniale wykreowana przez Michaela Shannona. Może do Jokera i Bane'a trochę brakuje, ale to naprawdę czarny charakter pierwszej wody. Gość, z którym bałbym się pokłócić, gość którego nie chciałbym spotkać w ciemnej uliczce. 

Zresztą nie tylko Michael Shannon wypada bardzo dobrze w swojej roli. Przyzwoicie radzi sobie także ten na którego zwrócone były wszystkie oczy, jeszcze przed pojawieniem się filmu Snydera w kinach. Henry Cavill - dla którego do tej pory najbardziej znaną kreacją był Charles Brandon, przyjaciel Henryka Tudora w serialu "Dynastia Tudorów" - jest dobry, nawet bardzo. Wypada niezwykle przekonująco, pomimo tego że on tutaj nie ma za dużo mówić. On ma wyglądać i robić rozpierduchę na ekranie. A finałowy pojedynek Supermana z generałem Zodem będący istnym festiwalem krzyków i jęczenia to prawdziwa gratka dla fanów efektów specjalnych.


W ostatecznym rozrachunku "Człowiek ze stali" okazał się tym czego oczekiwałem. Nie tylko filmem o superbohaterze, ale także o człowieku próbującym poukładać swoje życie. I widać w tym wszystkim, gdzieś rękę Nolana, czuć w tym filmie natchnienie brane z jego trylogii o Mrocznym Rycerzu. I na pewno nie jest to wada dla filmu Snydera, wręcz przeciwnie. Jego Superman to mroczne kino, które podobnie jak saga o Batmanie została urealniona w tak mocno jak się tylko dało. I chwała za to, ponieważ "Człowiek ze stali" nie jest żadną cukierkową opowiastką, to także historia człowieka, który nie bał się wziąć odpowiedzialności za swoją siłę. 

Oryginalny tytuł: Man of Steel; Reżyser: Zack Snyder; Scenariusz: David S. Goyer; Obsada: Henry Cavill, Amy Adams, Michael Shannon, Russel Crowe; Produkcja: Kanada, USA, Wielka Brytania; Rok produkcji: 2013

Na koniec jeszcze jedna sprawa, która niestety nie daje mi spokoju. Nienawidzę chodzić do kina, naprawdę nienawidzę tego robić i wybieram tylko te seanse, które po prostu muszę zobaczyć w kinie z racji wspaniałych efektów specjalnych i dźwięku. Wszystkiemu winni są ludzi, którzy również do kina chodzi. A raczej nie ludzie, a bydło, zwykli idioci, którzy zabierają przyjemność z oglądania filmu innemu człowiekowi. Dzisiaj miałem nieprzyjemność przebywania w tej samej sali kinowej co grupka gimnazjalistów (specjalnie wybrałem najwcześniejszy seans, żeby tego uniknąć, nie udało się) - idioci, degeneraci, bydło, hołota, pajace i inne inwektywy w mojej głowie się kołaczą, ale ich nie napiszę bo nie wypada. Młoda dziewczyna, na oko 14-15 lat w połowie film na głos daje upust swojego niezadowolenia i mówi "ku*** jakie nudne gówno, a tu jeszcze półtorej godziny". Myślałem, że wybuchnę. Telefony komórkowe święcące po oczach, dyskusje o lakierze do paznokci i chrapiący dwa miejsca obok chłopak, nie wierzyłem, że to możliwe, ale gość zasnął na filmie o Supermanie. TAK, WŁAŚNIE TAK, NIENAWIDZĘ CHODZIĆ DO KINA.