Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 listopada 2014

Zodiak (2007)

Pod koniec lat sześćdziesiątych San Francisco i jego okolice zaczynają być nękane przez seryjnego mordercę. Wysyła on do kilku redakcji listy z łamigłówkami, które mają pomóc w odkryciu jego tożsamości. Grupa dziennikarzy i policjantów z czterech różnych okręgów, za wszelką cenę próbuje odnaleźć tajemniczego mordercę, który przyjmuje przydomek Zodiak.

To już trzeci seans filmu Davida Finchera za mną i muszę przyznać, że z każdym kolejnym, coraz bardziej doceniam tę produkcję. Przede wszystkim miażdży mnie on bezbłędnymi zdjęciami, dzięki którym na ekranie panuje niesamowita aura tajemniczości. Dodatkowo, jak to zwykle u niego bywa, Fincher dba o każdy, nawet najmniejszy szczegół swojej układanki. Badanie poszlak, sprawdzanie wszystkich dowodów w takim stopniu w jakim pozwalała ówczesna kryminalistyka, całe to wielkie śledztwo, wszystko wydaje się być okiem laika przeprowadzone i poprowadzone przez reżysera bezbłędnie.


Ja sam uważam "Zodiaka" za najbardziej wymagający film w karierze Davida Finchera. To co różni ten thriller od poprzednich jego dzieł to sposób w jaki prowadzi on tę historię. Wcześniej również mieliśmy do czynienia z niesamowicie mrocznym klimatem i skrupulatną reżyserią, ale również jego filmy były dosyć dynamiczne, na ekranie działo się bardzo dużo i ciężko było o znużenie. W "Zodiaku" natomiast jest inaczej. Film jest raczej powolny, żeby nie napisać ślamazarny, dlatego też wielu osobom ten film się najzwyczajniej w świecie nie spodoba i ich znudzi. Thriller? A może raczej kryminał śledczy? Śledztwo się wlecze, brak w nim dowodów biorących się nie wiadomo skąd, mało w nim zwrotów akcji, pomimo tego, że co jakiś czas pojawia się nowy podejrzany, wszystko opiera się na dialogach i interakcjach pomiędzy osobami, które je prowadzą. Kiedy już ma nastąpić przełom i akcja może pójść do przodu, wszystko wraca do punktu wyjścia, bo dowody jednak nie są tak mocne jak przypuszczano. Niektórzy mogą stracić cierpliwość i zrezygnować z dalszego oglądania. Ja sam jednak totalnie odleciałem i wkręciłem się w to śledztwo. Niecałe dwie godziny i czterdzieści minut, właśnie tyle trwa ten hipnotyzujący obraz.

Do tego dochodzą też aspekty psychologicznie, nie tyle samego mordercy którego przecież tożsamości nie znamy, a ludzi ścigających go. Sam film opiera się na życiu i pracy czwórki bohaterów - dwóch policjantów i dwóch dziennikarzy. Każdy z nich radzi sobie z tą sprawą na swój sposób. Każdy z nich zaczyna być nią coraz bardziej pochłonięty i rozwiązanie jej nadaje sensu ich życiu. A to jak potoczy się ono dalej, oczywiście zależy od nich samych. Jedni będą smutki i niepowodzenia topić w butelce whisky, inni będą próbować oderwać się od ciężkiej, mozolnej i nieprzynoszącej żadnych odpowiedzi pracy, u boku swoich rodzin.


Jeśli chodzi o samego Zodiaka i sposób w jaki Fincher go przedstawia - nie trzeba pisać wprost, żeby wiedzieć, że nie jest on głównym bohaterem tego filmu. Jest raczej tłem, tłem które zostało przez reżysera świetnie wkomponowane w obraz przerażonego San Francisco i grupy śledczych walczących z własnymi demonami, które w tym wypadku są zwykłą obsesją na punkcie złapania swojego wroga. Już w prologu Fincher pokazał, jak wyrafinowanym i bezwzględnym zabójcą jest Zodiak. Świetnie sfilmowana i sfotografowana pierwsza filmowa zbrodnia zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Sceny godne najlepszych slasherów - klimat i mroczna atmosfera, napięcie, które można by kroić nożem Mike Myersa. Prawdziwy majstersztyk, groza która może wydać się rzeczywista i za chwile zapukać przez okno. A żeby było jeszcze bardziej interesująco, Fincher najlepsze zostawia dopiero na później. Surowość i realizm z jakim reżyser prezentuje kolejne udane łowy tajemniczego zabójcy powala. Zresztą nie tylko w tych sekwencjach, bo i z prostego przesłuchania czy odwiedzenia piwnicy świadka twórca "Siedem" potrafi stworzyć prawdziwą bombę pełną napięcia. 

"Zodiak" w pewien sposób wyłamuje się ze schematów gatunku. Śledztwo męczy, jest nużące, postępy są ledwo widoczne, do tego film nie skupia się na maniaku mordującym ludzi, a osobach które go ścigają. Fincher woli bohaterów i fabułę, narracja jest nieśpieszna, reżysera nie interesują go wizualne fajerwerki. To nie jest film o mordercy, to film z mordercą w tle. To nie jest klasyczny thriller, to dramat kryminalny pełen grozy. To znakomity film!

Tytuł oryginalny: Zodiac; Reżyser: David Fincher; Scenariusz: James Vanderbilt; Obsada: Mark Ruffalo, Jake Gyllenhaal, Robert Downey Jr., Anthony Edwards; Kraj: USA; Rok produkcji: 2007

niedziela, 20 kwietnia 2014

Temple Grandin (2010)

Biograficzna opowieść o Temple Grandin, kobiecie dotkniętej autyzmem, która pomimo choroby została ekspertem w dziedzinie hodowli bydła. Sławę przyniosły jej projekty urządzeń do humanitarnego uboju zwierząt oraz propagowanie wiedzy o autyzmie.

Temple już od narodzin musiała zmagać się z chorobą. Chociaż pierwsze słowa wypowiedziała w wieku czterech lat, jej matka nie potrafiła się poddać i robiła wszystko, aby zapewnić godne życie swojej córce. Po skończeniu szkoły z internatem dla dzieci uzdolnionych, Temple została wysłana przez rodzinę na studia, gdzie zdobyła najpierw licencjat, później magistra i ostatecznie doktora. Zanim jednak trafiła na uczelnie, spędziła wakacje u swojego wujostwa, gdzie nauczyła się współczucia i miłości do zwierząt.



HBO wciąż mnie zadziwia. Tym razem nie robi tego jednak za pomocą kolejnego znakomitego serialu własnej produkcji, a filmu telewizyjnego. I to nie byle jakiego. "Temple Grandin" w reżyserii Micka Jacksona na pierwszy rzut oka zapowiadał się być taśmowym filmem biograficznym, których w danym roku można obejrzeć co najmniej kilka. Nic bardziej mylnego. Produkcja HBO Films ma wszystko co potrzeba do stworzenia przejmującego, pełnego humoru jak i wzruszeń dramatu - historię z wielkim fabularnym zapleczem, wizję opowiedzenia w sposób interesujący znanej historii, możliwość wgłębienia się problemy społeczne, ignorancję ludzi w latach sześćdziesiątych oraz siedemdziesiątych i przede wszystkim fantastyczną kreację aktorską. To właśnie te elementy sprawiają, że obraz Jacksona nie jest kolejnym, sztampowym filmem biograficznym, który każdy obejrzy tylko i wyłącznie dlatego, że opowiada on historie kogoś znanego.

Claire Danes, której przypadła główna rola jest absolutnie fenomenalna. To co prezentuje na ekranie - czapki z głów. Jest niesamowicie naturalna i przekonywująca w roli kobiety autystycznej, która pomimo swojej choroby jest skomplikowaną osobą z trudnym charakterem. Jej gra jest pełna emocji - z wybuchu złości w oka mgnieniu potrafi przejść w stan totalnej euforii. Najpierw jest w stanie wzruszyć do łez, aby po chwili przekazać pozytywną energię. Sprzeczne emocje targające główną bohaterką, jak i jej wielowarstwowość pozwalają Danes rozwinąć szeroko skrzydła i szybować bardzo blisko szczytu. Aktorka kojarzona przede wszystkim z roli agentki CIA w serialu "Homeland", właśnie w filmie HBO tworzy najlepszą jak do tej pory kreację w swojej karierze.


W naturalnym i jak najbardziej przekonywującym ukazaniu trudnej osobowości Temple Grandin pomaga sam sposób realizacji filmu. Genialny pomysł z obrazowaniem - za pomocą komputerowych grafik i wykresów - analitycznego umysłu bohaterki sprawia, że dużo łatwiej przyswoić nam rzeczywistość, która ją otacza. Dzięki takiemu zabiegowi chociaż przez chwilę można poczuć się jak główna bohaterka filmu. Dodatkowo reżyser (oczywiście przy pomocy samej Claire Danes) w bardzo umiejętny sposób ukazał samą chorobę - strach przed dotykiem innego człowieka, lęk, pobudzenie, popadanie w zachwyt czy kakofonia.

Inną kwestią pozostaje natomiast samo zachowanie społeczeństwa w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, względem osób autystycznych. Nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o takie rzeczy jak wyśmiewanie czy też szykanowanie osób dotkniętych tą chorobą, ale również ignorancję ludzi pracujących w instytucjach mających na celu ich leczenie. Na szczęście jest to ukazane w sposób subtelny. Tak jak nie ma w tym filmie taniego moralizatorstwa, tandety i sztucznych emocji, tak samo twórcy obeszli się z ze wzmożoną krytyką. I bardzo dobrze bowiem wszystko jest świetnie wyważone, tak jak powinno być. "Temple Grandin" pozostaje tak więc słodko-gorzką opowieścią o determinacji w dążeniu do postawionych sobie celów i walką z przeciwnościami losu.

Tytuł oryginalny: Temple Grandin; Reżyser: Mick Jackson; Scenariusz: Christopher Monger, Merritt Johnson; Obsada: Claire Danes, Catherine O'Hara, Julia Ormond, David Strathairn; Kraj: USA; Rok produkcji: 2010


Snowpiercer: Arka przyszłości (2013)

Rok 2030. Na Ziemi panuje epoka lodowcowa, a ostatni ludzie zmuszeni są do życia w pociągu nieprzerwanie mknącym przez śnieżną zamieć. W podzielonym na klasy społeczne mieście na szynach dochodzi do buntu, który może zaważyć o losach ludzkości.

Dla pochodzącego z Korei Południowej Joon-ho Bonga, "Snowpiercer: Arka przyszłości" to hollywoodzki debiut. Nie oznacza to jednak wcale, że azjatycki reżyser pozbył się filmowego sznytu rodem z Dalekiego Wschodu. Gdzieś pod kołderką hollywoodzkiego rozmachu, efektów specjalnych, znanych nazwisk w obsadzie i dawki patosu, można w tym wszystkim odnaleźć artyzm. Szczególnie w scenach akcji, gdzie trup ściele się gęsto, a krew leje litrami. I podobnie jak w przypadku innych filmów z tamtych rejonów (chociażby produkcje od Chan-wook Parka), emanowana z ekranu przemoc jest na swój sposób piękna, urzekająca i jak najbardziej uzasadniona.



W pociągu będącym miastem na szynach, kontrasty społecznie rzucają się w oczy od pierwszych scen. Margines społeczny żyjący w ostatnich wagonach musi egzystować w brudzie i ścisku, a za pożywienie robią im batoniki proteinowe. Napięcie w ostatnich wagonach pociągu rośnie z każdym kolejnym z dniem, z każdą kolejną wizytą oficjeli i funkcjonariuszy. Rządy totalitarnej władzy, nad którą pieczę sprawuje architekt i właściciel pociągu – Wilford, są niczym zapałka, która w każdej chwili może odpalić krótki lont. Kiedy dochodzi wreszcie do jego podpalenia, a następnie wybuchu, główni bohaterowie pod dowództwem Curtisa (Chris Evans) są zdesperowani do obalenia rządów osoby, która za to wszystko odpowiada.

Razem z rebeliantami ruszamy w podróż po wagonach pociągu. I to własnie w odkrywaniu różnorodności tych mikroświatów tkwi siła filmu Joon-ho Bonga. Odkrywanie tajemnic kolejnych przedziałów to prawdziwa gratka. Każdy z nich jest inny, ma swój niepowtarzalny klimat, barwy czy mieszkańców. Od mini fabryki batoników proteinowych, aż po wielkie akwarium. Od maszynowni, po miejsce gdzie tamtejsze elity mogą wyskoczyć na herbatkę i do fryzjera. Tytułowy Snowpiercer to prawdziwe, samowystarczalne miasto na szynach, które gwarantuje przetrwanie w zabójczych warunkach panujących na zewnątrz.



Dzięki nieśpiesznemu tempu, jakie serwuje reżyser, na spokojnie można podziwiać oprawę wizualną filmu. Nawet w wydawać by się mogło scenach walki, gdzie dynamizm jest jak najbardziej mile widziany, użyte przez Joon-ho Bonga slow motion dodaje mu uroku i artyzmu, przez co nie sprowadza to filmu do tylko i wyłącznie głupawej nawalanki. I chociaż najsłabszą częścią oprawy wizualnej wydają się być efekty specjalne, które niestety są tylko efektami specjalnymi i widać w nich spory udział komputera, to elementy takie jak kostiumy, charakteryzacja czy scenografia są dopieszczone w najmniejszym szczególe i w jakimś stopniu to rekompensują.

"Snowpiercer: Arka przyszłości" budżetowe niedostatki nadrabia na szczęście znakomitym, klaustrofobicznym klimatem zamkniętego pociągu, który mknie przez białe pustynie planety niegdyś nazywanej zieloną. Można się oczywiście przyczepić do samego scenariusza, który nawet bez większego wysilania szarych komórek wydaje się być z lekka głupawy, ale ja nie zamierzam tego robić. Film będący ekranizacją francuskiego komiksu “Le Transperceneige”, może okazać się jedną z ciekawszych tegorocznych propozycji kina rozrywkowego jakie na świat wydali (i wydadzą) hollywoodzcy producenci.

Tytuł oryginalny: Snowpiercer; Reżyser: Joon-ho Bong; Scenariusz: Joon-ho Bong, Kelly Masterson; Obsada: Chris Evans, Kang-ho Song, Tilda Swinton, Jamie Bell, Octavia Spencer, John Hurt, Ed Harris; Kraj: USA, Francja, Czechy, Korea Południowa; Rok produkcji: 2013

wtorek, 18 czerwca 2013

Kon-Tiki (2012)

Autentyczna historia Thora Heyerdahla, który w drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku wyruszył w wyprawę przez Pacyfik, mającą potwierdzić jego teorię naukową dotyczącą zaludnienia Polinezji przez ludzi z Ameryki Południowej. Wraz ze swoją załogą buduje tratwę, która na cześć boga słońca otrzymuje nazwę Kon-Tiki.

Postać Thora Heyerdahla zaprezentowana w filmie "Kon-Tiki" jest niezwykła - upór w dążeniu do spełnienia marzeń, odwaga i chęć pokazania światu, że miało się rację, że lata spędzone na badaniach i pracy naukowej nie poszły na marne. Właśnie ta siła charakteru sprawiła, że od samego początku kibicowałem głównemu bohaterowi filmu, który został wyreżyserowany przez duet Roenning - Sandberg. A początki wcale do najłatwiejszych nie należały. Brak uznania wśród naukowej hałastry sprawiło, że Heyerdahl nie mógł nigdzie wydać swojej pracy naukowej, co zmusiło go do radykalnych postanowień. Zaprzestał zabawę w teorię, rozpoczynając tym samym praktykowanie. Podjął decyzję o wyruszeniu w wielką podróż, która nie tylko okazała się przygodą życia, ale także potwierdzeniem jego teorii. Teorii, która głosiła, że to nie Azjaci osiedliły Polinezję, a ludy przybyłe z Ameryki Południowej.



Problemy, z którymi przez wiele miesięcy borykał się Heyerdahl w końcu musiały się skończył, przecież zła karma nie trwa wiecznie. Po znalezieniu sponsora oraz załogi, która miała pomóc w wykonaniu arcytrudnego zadania - wyruszył w podróż trwającą ponad sto dni. Nie chcę dokładnie opisywać losów głównego bohatera i jego kompanów, ponieważ ci którzy nie czytali książki Thora lub nie widzieli filmu dokumentalnego opisującego podróż Kon-Tiki (który notabene, otrzymał Oscara w latach pięćdziesiątych w swojej kategorii) będą mieli naprawdę wspaniałą zabawę i przyjemność z oglądania tej wielkiej przygody. A naprawdę jest co do oglądania, bowiem otoczka wizualna prezentuje się wyśmienicie i jeśli ktoś - tak jak i ja - zachwycił się "Życiem Pi" Anga Lee, to produkcja Joachima Roenninga i Espena Sandberga również przypadnie mu do gustu, pomimo tego że są to całkowicie dwie inne historie, inne motywacje i losy bohaterów.

Panowie Roenning i Sandberg podołali także innej sprawie. Udało im się opowiedzieć historię kilku mężczyzn. Oczywiście głównym bohaterem i przodownikiem w tym wszystkim jest Thor Heyerdahl, ale także jego kompani otrzymują kilka minut, dzięki czemu można się przyjrzeć ich zachowaniu, temu jak zmienili się od momentu wyruszenia w podróż. A zmienili się, zapewniam. Z początku wszyscy pełni werwy i wiary w osiągnięcie założonego celu wchodzą na tratwę, która z każdym kolejnym dniem odbiera im jakąś cząstkę nadziei na przetrwanie w dzikim świecie. Dni upływają powoli, natura płata figle, na ich twarzach pojawiają się długie brody, a lądu wciąż nie widać. Z pewnością klaustrofobiczny klimat małej tratwy powodował lęk i dawał do myślenia bohaterom tej wyprawy. Kiedy weźmiemy jeszcze pod uwagę fakt, że Heyerdahl z racji traumy, jaką odniósł w dzieciństwie nie potrafił pływać, to podziw dla niego i jego załogi jest jeszcze większy. 


Całość dopełniają wspaniałe zdjęcia Geira Andreassena. Kilka kadrów przypomina te z wcześniej wspomnianego "Życia Pi". Wielkie wrażenie robią z pewnością sceny z rekinem wielorybim, którego sylwetka pojawia się niczym cień i przepływa pod tratwą. Majestatyczne piękno, ale także gdzieś w środku ukryty strach spowodowany siłą i wielkością morskiego stwora, który jednym pociągnięciem ogona mógłby zatopić Kon-Tiki. Zresztą zwierząt żyjących w oceanach będzie tutaj więcej. Latające ryby, kraby, święcące w nocy meduzy czy wreszcie żarłoczne rekiny czyhające na błąd człowieka. I to właśnie te ostatnie w mojej opni zostały przedstawione zbyt drastycznie, ale przecież trzeba było nadać filmowi w jakiś sposób dynamizmu, akcji, zbudować napięcie i niepokój. W jakimś stopniu udało się, ale także nie obyło się bez przeszarżowania i podkoloryzowania co niektórych sytuacji.

Książki Heyerdahla nie czytałem, filmu dokumentalnego nie widziałem, więc całkiem możliwe, że jest to zwykłe czepialstwo z mojej strony i sceny z rekinami zaprezentowane w "Kon-Tiki" są prawdziwym odwzorowaniem wydarzeń, które miały miejsce na tratwie, której nazwa została poświęcona bogu słońca. Dowiem się zapewne tego jeśli zdecyduję się na książkę i dokument, a mam taki zamiar, bowiem film Roenninga i Sandberga zaciekawił mnie do tego stopnia, że chcę się trochę bardziej zagłębić w niezwykłą historię Thora Heyerdahla. I wam również polecam, bowiem "Kon-Tiki" to bardzo udane kino przygodowe, które zabierze was w wyprawę pełną niebezpieczeństw, morskich stworów, ale także pokaże męską przyjaźń i odwagę tej kilkuosobowej załogi bohaterów.

Oryginalny tytuł: Kon-Tiki; Reżyser: Joachim Roenning, Espen Sandberg; Scenariusz: Petter Skavlan; Obsada: Pal Sverre Valheim Hagen, Anders Baasmo Christiansen, Tobias Santelmann, Gustaf Skarsgard; Produkcja: Dania, Niemcy, Norwegia, Wielka Brytania; Rok produkcji: 2012

wtorek, 11 czerwca 2013

Stoker (2013)

W rodzinie Stokerów dochodzi do tragedii. W wypadku ginie głowa rodziny, Richard. Od tego momentu jego żona Evelyn i córka India muszą radzić sobie same. Niespodziewanie na pogrzebie pojawia się brat Richarda o którym India nigdy wcześniej nie słyszała. Początkowa fascynacja tajemniczym wujem Charlesem, przemienia się w próbę odkrycia jego prawdziwych intencji.

Stało się! Reżyser sławnej trylogii zemsty, Chan-wook Park w końcu został zwerbowany przez siły Hollywood i nakręcił swój debiutancki obraz w Stanach Zjednoczonych. I chociaż "Stoker" jest filmem słabszym od poprzednich obrazów koreańskiego reżysera, to zachował on klimat i styl, tak charakterystyczny dla Parka. Z pewnością ci którzy widzieli wcześniej, któryś z thrillerów tego reżysera od razu poczuli to samo, co chociażby we wspomnianej wyżej trylogii zemsty - strasznie duszny klimat, niejednoznacznych bohaterów, których można porównać do tykającej bomby oraz stylizowaną przemoc. 


Fabuła filmu, wydawać by się mogło niezbyt odkrywcza, skupia się wokół relacji pomiędzy Indią, a jej wujem. Gdzieś tam w tle, buja się nie do końca stabilna emocjonalnie matka dziewczyny, grana przez Nicole Kidman. I chociaż próbuje ona szukać pocieszenia w ramionach swojego szwagra, on ma inny obiekt pożądania i to na córce Evelyn skupia swoją uwagę. Pomiędzy wujem, a bratanicą rozpoczyna się coś w rodzaju gry - mężczyzna chce pokazać młodej dziewczynie, że to właśnie on jest lekiem na całe zło, i tylko on potrafi ją zrozumieć. India uchodzi za klasycznego odmieńca, zamkniętą w sobie indywidualistkę, która dzień w dzień musi odbębnić w szkole kilka godzin, aby później móc wrócić do swojego azylu w domu na odludziu. Gra trwa, a Charles co raz mocniej napiera i uwodzi dziewczynę, próbując obudzić w niej ukryte żądze i pragnienia. India opiera się tym atakom, chcąc odrzucić "zaloty" własnego wuja, ale czy jest w stanie przeciwstawić się niebezpiecznemu urokowi bratu swojego ojca?

Chan-wook Park upodabnia swoje amerykańskie dziecko do poprzednich dzieł poprzez formę i narrację. Jest ona dosyć powolna, sporo w niej niedopowiedzeń, które na szczęście działają na korzyść samemu filmowi. Dzięki temu jest to obraz dużo bardziej tajemniczy, a znakomite, jak to zwykle u Parka bywa zdjęcia autorstwa Chung-hoon Chunga sprawiają, że klimatem można się dławić, jest po prostu czadowy (dosłownie i w przenośni). Co ciekawe pomimo tego, że atmosfera jest duszna to nie można o "Stokerze" powiedzieć, że jest to film mroczny. To znaczy jest, ale bardziej gdy myśli się o duszach głównych bohaterów i o złu, które w nich przebywa. Kompozycje i obrazy są raczej jaskrawe i czyste, mało tu czerni, która i tak wydaje się byłaby zbędna. Park ma w swojej głowie wszystkie przemyślane i od początku do końca wie jak chce poprowadzić swój film. I to czuć w czasie oglądania tego, jak i wcześniejszych filmów Koreańczyka. 


Ciekawostką jest to, że autorem scenariusza jest aktor znany z serialu "Skazany na śmierć, Wentworth Miller. Ja sam dowiedziałem się o tym dopiero przy okazji napisów początkowych, kiedy pojawiło się jego nazwisko. Naprawdę Miller wykonał całkiem dobrą robotę, bowiem "Stoker" pomimo tego, że nie jest niczym odkrywczym, jest w miarę logiczny, nie ma jakichś dziur, wszystko jest w miarę spójne i uporządkowane. Dialogi są niezłe, każde słowo wydaje się być potrzebne, nie ma głupich one-linerów, a portrety psychologiczne bohaterów nie są jednoznaczne co bardzo skrzętnie udało się wykorzystać Parkowi. Jedyne do czego mogę się przyczepić to zakończenie tego filmu. Z tego co mi wiadomo nie tylko ja na nie narzekam. Jest ono zbyt hollywoodzkie i w pewien sposób wyłamuje się ze wcześniejszej twórczości koreańskiego reżysera. Zbyt proste i zbyt przewidywalne, ale cóż taki urok Hollywood. Tak czy siak Chan-wook Park sprostał zadaniu stworzenia thrillera będącego odpowiednim daniem dla amerykańskiej (i nie tylko) widowni, nie zatracając przy tym swojego stylu i charakteru.

Tytuł oryginalny: Stoker; Reżyser: Chan-wook Park; Scenariusz: Wentworth Miller; Obsada: Mia Wasikowska, Matthew Goode, Nicole Kidman; Produkcja: USA, Wielka Brytania; Rok produkcji: 2013


niedziela, 2 czerwca 2013

Wiedźma wojny (2012)

Komona jest trzynastoletnią dziewczynką mieszkającą wraz z rodzicami w jednej z afrykańskich wiosek. Kiedy zostaje ona napadnięta przez buntowników, mieszkające w wiosce dzieci są zmuszone do zamordowania swoich rodziców. Wśród nich jest także Komona, która po tym wydarzeniu zostaje włączona do armii rebeliantów. Od tego momentu jej jedyną rodziną ma być broń służąca do zabijania wrogów. Podczas jednej z bitew, dziewczynce ukazują się duchy zmarłych rodziców, które ostrzegają ją przed wrogimi żołnierzami. Komona zostaje okrzyknięta wiedźmą wojny.

Już pierwsze minuty filmu skojarzyły mi się z "Bestiami z południowych krain". Podobnie, jak u Benha Zeitlina i w "Wiedźmie wojny" główną bohaterką i zarazem narratorem całej opowieści jest młoda dziewczynka. Dziecko, którego głos dobiega z offu, snuje tragiczną historię przedstawiając swój punkt widzenia dotyczący wszystkich strasznych wydarzeń, których była świadkiem. Wraz z nią odbyłem podróż przez zakamarki Czarnego Lądu, gdzie sceny jak najbardziej realnej przemocy i nędzy, jaka dotyka tamtejszych mieszkańców, mieszają się z nutą magicznego i odrealnionego świata. Wszystko to podane jest w sposób mocny, ale nie przesadzony. Nie ma w tym filmie taniego moralizatorstwa, kolejnej próby zwrócenia uwagi Zachodu. Reżyser w bardzo wyrazisty sposób ukazuje jak się żyje w tamtejszej rzeczywistości, w Afryce ogarniętej wojną domową, gdzie nawet najmłodsi zmuszani są do czynienia zła i odbierania życia innym ludziom.


Kilkuletnie dzieci dostają karabin do ręki w momencie, kiedy mają siłę go unieść. Od tej chwili przestają już być dziećmi. Zostają żołnierzami walczącymi za sprawę samozwańczego lidera, który zdecydował się podnieść bunt. Realia "dziecięcej" partyzantki zostały przedstawione w niesamowicie realistyczny sposób. W czasie napadu na wioskę, dziecko zostaje zmuszone do zamordowania swoich rodziców. Następnie zostaje włączone do armii rebeliantów, gdzie przechodzi szkolenie. Przez wiele miesięcy uczy się używać broni, strzelać i zabijać. Zostaje poddawane działaniu różnego rodzaju narkotycznym substancjom, po których często wywoływane są halucynacje. W ten sposób Komona zaczyna radzić sobie z wszechogarniającą wojną. Widzi duchy zmarłych rodziców, od których dostaje zadanie do wykonania. Będzie to dla niej jedna z motywacji do przetrwania, w innym wypadku duchy nie odejdą i będą ją nękać do samego końca. Wraz z przyjściem wojny, dziewczynka musi szybciej dorastać, a gwałt i ciąża w którą zachodzi sprawia, że obawy co do przyszłości stają się jeszcze większe. Nie wie czy pokocha dziecko, które przecież jest owocem przemocy i zła, które przyniosła ze sobą wojna. Obawia się o swoje uczucia, o to że nie będzie dobrą matką.

Zanim jednak dochodzi do gwałtu, ma oparcie w Magiku - niewiele starszym albinoskim chłopcu,  którego zaczyna darzyć uczuciami. Przez spory czas trwania filmu Zeitlin przedstawia miłosną historię dwójki młodych ludzi, którzy muszą walczyć o przetrwanie w świecie pełnym niebezpieczeństw. I chociaż walka o życie do najłatwiejszych nie należy, to reżyser za pomocą wplecenia do fabuły tamtejszych wierzeń i zwyczajów, w pewien sposób niweluje ciężar tematu, który w innym wypadku mógłby być zbytnio przytłaczający. Miłość to miłość i nawet różnice kulturowe nie sprawią, że stanie się ona inna niż w Europie czy Ameryce. Magik stara się wykonywać polecenia swojej luby, a najważniejszym zadaniem dla niego będzie nie tylko pomoc Komonie w przetrwaniu , ale także znalezienia białego koguta. Już od czasów antycznych to zwierze było uważane za symbol przezwyciężenie ciemności, w tym wypadku można doszukiwać się w nim także oddania i wytrwałości. W regionach afrykańskich, w którym ma miejsce akcja filmu, mężczyzna który chce zdobyć serce kobiety i ożenić się z nią, musi znaleźć właśnie białego koguta, aby potwierdzić swoje uczucia.


Kim Nguyen pomimo niezbyt wielkiego doświadczenia reżyserskiego, bardzo umiejętnie manewruje pomiędzy realizmem, a dziecięcą wyobraźnią. Ani przez chwilę nie widać w tym filmie jakiejś pretensjonalności, a brutalny naturalizm - brak jakichkolwiek perspektyw na lepsze jutro, wszechobecna nędza, rozpacz spowodowana wojną domową - sprawiał momentami wrażenie, jakbym miał do czynienia z filmem dokumentalnym. Reżyser postawił tym samym bardziej na siłę przekazu i na jego oddziaływanie na widza, na mnie. I chociaż jest to film pełen przemocy, to jest ona maskowana i w momentach, kiedy może być naprawdę gorąco i dojść do masakry. Unika tego, tak jakby nie chciał zrzucać na barki widza wszystkiego na raz. A szkoda, bo takie coś mogłoby sprawić, że ten obraz byłby jeszcze bardziej dosadny i przerażający. Nie chce wyjść na zwyrodnialca, po prostu uważam, że piekło na ziemi, które niewątpliwie znajduje się na Czarnym Lądzie, byłoby wtedy jeszcze bardziej przekonujące. Tak jak jednak napisałem na początku swojego tekstu - możliwe, że reżyser specjalnie zrezygnował z jeszcze bardziej drastycznego filmu, aby zbytnio nie zwracać uwagi Zachodu, który mógłby odebrać ten film, jako kolejną próbę wołania o pomoc dla państw afrykańskich ogarniętych wojną domową. Obraz z pewnością wart uwagi i zapoznania się z nim, nie wiem natomiast czy wart nominacji do Oscara. 

Tytuł oryginalny: Rebelle; Reżyser: Kim Nguyen; Scenariusz: Kim Nguyen; Obsada: Rachel Mwanza, Serge Kanyinda, Ralph Prosper, Alain Lino Mic Eli Bastien ; Kraj: Kanada; Rok produkcji: 2012